Wycieczka w Bieszczady

Relacja z wyjazdu

Opublikował  Michał Nowicki w dniu June 08, 2026 Kultura Społeczność Wydarzenia

W dniach 4-7 czerwca rzuciliśmy wszystko i wyruszyliśmy w Bieszczady! Uciekliśmy w zwartej i zgranej grupie 32 osób z Prusinowic, Porszewic, Pabianic, Ksawerowa i innych sąsiednich miejscowości. Wystartowaliśmy o 5:00 rano, aby w okolicach godz. 14:00 być już na miejscu w Solinie. Podróż minęła nam szybko i bez problemów, za to w fantastycznych nastrojach!

O 15:00 weszliśmy na pokład statku, aby odbyć godzinny rejs po Zalewie Solińskim, o którym wiele ciekawych rzeczy opowiedział nam kapitan. „Bieszczadzkie morze” to jeden z najbardziej malowniczych i charakterystycznych punktów na mapie Podkarpacia. To największy sztuczny zbiornik retencyjny w Polsce pod względem pojemności (mieści nawet do 500 milionów metrów sześciennych wody) oraz mierzony długością linii brzegowej, która wynosi aż ok. 166 kilometrów. Linia ta jest niezwykle urozmaicona – pełna urokliwych, wąskich zatoczek, fiordów i zalesionych półwyspów, co nadaje jezioru wyjątkowy, górski charakter. Pod względem powierzchni ustępuje jedynie Jezioru Włocławskiemu. Zalew zasilany jest wodami rzeki San i Solinki. Zbiornik jest absolutną mekką dla miłośników żeglarstwa, windsurfingu i kajakarstwa. Ze względu na górzyste otoczenie, wiatry na Solinie bywają bardzo kapryśne, zmienne i wymagające, co dla żeglarzy stanowi świetne wyzwanie.

Podczas rejsu pogoda nam sprzyjała - grzaliśmy się w słońcu i podziwialiśmy piękne widoki dookoła. Zobaczcie sami!

Po rejsie wyruszyliśmy na spacer po Zaporze Solińskiej. Dowiedzieliśmy się o niej wielu ciekawych rzeczy! Ma ona 81,8 metra wysokości (to najwyższa zapora hydrotechniczna w kraju) i 664 metry długości. Wewnątrz konstrukcji znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa. Budowa obiektu została zakończona w 1968 roku. Mimo istnienia elektrowni, główną rolą zapory w Solinie jest ochrona przeciwpowodziowa. Dorzecze Sanu od zawsze słynęło z gwałtownych, katastrofalnych wezbrań wód – zwłaszcza podczas wiosennych roztopów lub intensywnych, letnich ulew w górach. Powodzie regularnie niszczyły niżej położone miejscowości. Elektrownia Szczytowo-Pompowa Solina nie służy do ciągłej produkcji prądu. Jej głównym zadaniem jest praca w momentach, gdy system energetyczny kraju pilnie potrzebuje regulacji. To wielkoskalowy magazyn energii, który w czasie nadpodaży prądu pompuje wodę do wyżej położonego zbiornika, a w chwilach szczytowego zapotrzebowania zrzuca ją w dół, napędzając turbiny i produkując energię elektryczną. Elektrownia posiada łączną moc instalowaną wynoszącą ponad 200 MW.

Poza zaporą w Solinie, w pobliżu na rzece San znajduje się też zapora w Myczkowcach. Ale czy wiecie, że pierwotnie według planów takich zapór na tej rzece miało powstać znacznie więcej?

W dwudziestoleciu międzywojennym i tuż po wojnie myślano o tzw. kaskadzie Sanu – czyli o systemie nawet od kilku do kilkunastu stopni wodnych, które miały schodzić schodkowo w dół rzeki, w pełni kontrolując jej bieg i maksymalnie wykorzystując potencjał energetyczny. Autorem projektów był autorem był wybitny polski hydrotechnik, prof. Karol Pomianowski. Oprócz Soliny i Myczkowiec, trzecim kluczowym i niezwykle zaawansowanym w planach elementem systemu miała być zapora w Krasicach, położona kilkanaście kilometrów na zachód od Przemyśla. Poza tym mniejsze zapory i jazy planowano też w kilku innych miejscowościach.

Cały projekt wynikał nie tylko ze zidentyfikowanego potencjału energetycznego rzeki San, ale też planów intensywnego rozwoju przemysłu w widłach Wisły i Sanu, które przekształciły się później w plan budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego.

   

Przed 18:00 dojechaliśmy do naszego ośrodka zakwaterować się i zjeść obiadokolacje. Nocowaliśmy w pensjonacie "Szeptucha". Ośrodek zachwycił nas przede wszystkim swoim wyglądem - szczególnie jadalnia z barem były przepięknie ozdobione malunkami, obrazami i drewnianymi rzeźbami nawiązującymi do nazwy ośrodka. Praktycznie przy każdym posiłku podziwialiśmy to otoczenie. Z okien zaś rozpościerał się widok na pobliskie szczyty Bieszczad.

Pensjonat należy w szczególności wyróżnić właśnie za wystrój, świetną lokalizację, pyszne jedzenie, miłą obsługę i zaplecze sprzyjające organizowaniu spotkań i biesiad na zewnątrz. Wyjście naszych pokoi mieliśmy wprost na przestrzeń rekreacyjną na zewnątrz i to było super - codziennie bardzo chętnie korzystaliśmy wieczorami z tej przestrzeni. Polecamy każdemu odwiedzić Szeptuchę!

https://szeptucha.eu/                

Drugiego dnia ruszyliśmy w objazd autobusem tzw. Małej i Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. W trakcie podróży podziwialiśmy widoki zza okna i słuchaliśmy opowieści przewodnika o ludziach mieszkających tu w szczególności na przełomie XIX i XX wieku i bolesnej historii tego regionu. Szczególnie zwracał nam uwagę na fakt, że praktycznie wszystkie tereny w pobliżu pokonywanej przez nas drogi były kiedyś zaludnione - teraz w większości przypadków pozostały po nich jedynie wypłaszczenia terenu i stare drzewa owocowe, które kiedyś zostały zasadzone przez mieszkańców.

Początkowo Bieszczady były słabo dostępne i rzadko zamieszkane. Prawdziwy rozwój osadnictwa przyniósł dopiero napływ wołoskich pasterzy z Bałkanów i Siedmiogrodu, którzy od XIV/XV wieku wędrowali wzdłuż Karpat. Osadnicy ci wprowadzili specyficzny model gospodarowania oparty na wypasie owiec i bydła. Pierwotnie prowadzili pół-koczowniczy tryb życia. Później, pod wpływem lokalnych właścicieli ziemskich zaczęli się osiedlać. Wsie były zakładane w specyficzny sposób - główna droga prowadziła wzdłuż rzeki lub strumienia, a każdy gospodarz otrzymywał pas ziemi obejmujący dostęp do strumienia, łąki, wzniesienia i lasu - tak, aby każdy miał sprawiedliwy dostęp do wszystkiego, co potrzebuje. Ten sposób zakładania wsi nazwano lokacją na prawie wołoskim. Z połączenia tradycji wołoskich z lokalną ludnością wykształciły się dwie grupy etniczne: Bojkowie (wschodnia część Bieszczad) i Łemkowie (zachodnia część). Nazwy te pochodzą od przezwisk, które tym ludom nadali Polacy. Termin "Bojkowie" wywodzi się od słowa „bojko”, którym Bojkowie nazywali woły i z racji zajmowania się ich wypasem - często używali. Nazwa "Łemkowie" pochodzi od partykuły „łem” (co oznacza „tylko”, „jedynie”, „lecz”), która w łemkowskim dialekcie występuje bardzo często. Później region stał się wielokulturowym tyglem, gdzie żyli obok siebie Rusini, Polacy, Żydzi, Łemkowie i Bojkowie. Wyróżniały ich wzajemny szacunek i tolerancja, w szczególności wobec wyznawanych przez siebie religii. Wiek XX przyniósł regionowi najtragiczniejsze doświadczenia. Przez Bieszczady dwukrotnie przetoczył się front I wojny światowej, niszcząc wiele miejscowości. Po 1944 roku Bieszczady stały się terenem brutalnych walk polskiego podziemia i wojska z oddziałami UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii). Wsie płonęły, a ludność cywilna żyła w ciągłym strachu. Wreszcie, w wyniku akcji „Wisła” (1947) władze komunistyczne zdecydowały o przymusowym wysiedleniu niemal całej rdzennej ludności ukraińskiej (Bojków i Łemków) na tzw. "Ziemie Odzyskane", aby pozbawić UPA lokalnego zaplecza. Bezpośrednim pretekstem do jej rozpoczęcia była śmierć gen. Karola Świerczewskiego w zasadzce UPA pod Jabłonkami. Skutkiem była niemal całkowita depopulacja regionu.

Współczesny wygląd Bieszczady zawdzieczają właśnie wspomnianym wysiedleniom. Miejsca zamieszkane kiedyś przez człowieka przejęła przyroda. Odrodziły się też lasy, które za czasów monarchii habsburskiej były niemal w zupełności wykarczowane.

Drugiego dnia mieliśmy też przyjemność podróżować kolejką wąskotorową będąca jedną z największych bieszczadzkich atrakcji. 

Po przejażdżce kolejką odwiedziliśmy pracownie Ikon w Cisłej Pani Jadwigi Denisuk. Wraz ze współpracownikami tworzy ona ikony w oparciu o tradycje i obowiązujący kanon, posługując się stara techniką tempery jajowej. Prowadzi autorską galerię w Cisnej. W swoim dorobku artystycznym ma prace wystawiane w Czarnej, Lesku, we Francji oraz wiszące w cerkwiach i kościołach. Odzwierciedlają one charakter pogranicza dwóch kultur: wschodniej i zachodniej. Wykonuje kopie średniowiecznych ikon ruskich, greckich i gotyckiego malarstwa tablicowego. Podczas wizyty w jej zakładzie dowiedzieliśmy się wiele na temat tworzenia oraz historii ikon.

Wytwarzanie ikon wywodzi się z egipskich tradycji dotyczących malowania na drewnie wizerunków osób zmarłych, które były umieszczane przy nich. W prawosławnym obrządku religijnym ich wytwarzanie obwarowane jest wieloma restrykcjami.  W tradycji chrześcijańskiej mówi się, że ikony się nie „maluje”, lecz „pisze”. To określenie podkreśla, że ikona nie jest zwykłym obrazem, lecz wizualnym zapisem Ewangelii, mającym prowadzić wiernego ku kontemplacji. Proces jej tworzenia jest ściśle powiązany z kanonem i ma głęboki wymiar duchowy. Podstawą jest dobrze wysuszona deska (najczęściej lipowa), która musi być stabilna. Na deskę nakleja się płótno (pogas). Następnie Ikonograf nanosi kontury postaci zgodnie z tradycyjnymi wzornikami (hermeneia). Właściwe „pisanie” odbywa się przy użyciu tempery żółtkowej – farby wykonanej z naturalnych pigmentów mineralnych połączonych z żółtkiem jaja i winem (lub octem). Na koniec ikonę zabezpiecza się olifą – mieszanką olejów i żywic. W ikonografii pełno jest symbolizmu. Każda z używanych barw ma tam swoje znaczenie, np. złoto symbolizuje światło Boże, czerwień jest szczególnie związana z ziemską sferą życia, a błękit i niebieski ze sferą niebiańską.

To niesamowite, ile pracy trzeba włożyć w napisanie jednej ikony i ile symbolicznego przekazu, niekoniecznie dostrzeganego od razu, każda z nich niesie ze sobą.

   

Po wizycie w pracowni ikon udaliśmy się na krótki spacer do bacówki pod Małą Rawką. Na trasie mieliśmy sposobność podziwiać piękne widoki na Połoninę Caryńską.

Po powrocie do ośrodka i pysznej obiadokolacji mieliśmy zorganizowane ognisko i spotkanie z lokalnym muzykiem - Panem Juliuszem. Opowiedział on nam wiele historii związanych z lokalną kulturą Łemków i Bojków oraz na różnych instrumentach zagrał nam niejedną pieśń i melodię. 

Następnego dnia uczestniczyliśmy w wyjątkowej traperskiej przygodzie. Przejechaliśmy krytymi dyliżansami zaprzęganymi konno przez liczne zakola rzeki Osławy. Wyruszyliśmy też na krótki spacer do przełomu rzeki Osławy, gdzie podziwialiśmy malowniczą trasę wzdłuż nieużywanych torów kolejowych i widoki nad wodą.

Później udaliśmy się do klasztoru sióstr Nazaretanek. Wysłuchaliśmy tam krótkiej prelekcji na temat życia kardynała Stefana Wyszyńskiego, szczególnie z okresu jego internowania przez władze komunistyczne. Okolica klasztoru jest pięknie zagospodarowana i utrzymywana przez siostry zakonne, co tworzy świetną atmosferę do odpoczynku i zadumy.

Na koniec dnia udaliśmy się do Cerkwi Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy w Szczawnem. Tam wysłuchaliśmy opowieści o różnicach pomiędzy wyznaniami katolickim, greckokatolickim i prawosławnym oraz wspólnej ich historii.

Dowiedzieliśmy się m.in. że kluczową różnicą praktyczną jest podejście do sakramentu pokuty i pojednania. Podczas gdy w Kościele rzymskokatolickim spowiedź jest wymagana przed każdą Komunią Świętą w przypadku grzechu ciężkiego, w tradycji greckokatolickiej i prawosławnej praktyka ta jest bardziej rygorystyczna – wierni przystępują do spowiedzi przed każdym przyjęciem Eucharystii, co podkreśla ogromną wagę czystości duchowej przed zbliżeniem się do ołtarza. Zrozumieliśmy również, że różnice widać w samym sprawowaniu mszy: podczas gdy w rycie łacińskim dominuje stół ołtarzowy, w cerkwi centralnym punktem jest ikonostas, który oddziela sacrum (ołtarz) od profanum (nawę), a liturgia odbywa się w dużej mierze w sposób śpiewany, bez użycia instrumentów muzycznych, co ma nadać modlitwie charakter bardziej wzniosły i mistyczny. 

Ostatniego dnia odwiedziliśmy ruiny Klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu. Klasztor budowano w latach 1700–1730. Został wzniesiony na wzgórzu, które z trzech stron opływa rzeka Osława. W 1772 roku stał się schronieniem dla konfederatów barskich i był ostatnim punktem oporu, który został ostrzelany i spalony przez wojska rosyjskie. Ostateczny cios zadały mu pożar w 1822 roku oraz kasacja zakonu przez władze austriackie w 1831 roku. Do dziś zachowały się monumentalne mury kościoła, klasztoru, budynku bramnego oraz kordegardy (wartowni). Miejsce to słynie z malowniczego położenia i surowego, późnobarokowego klimatu. 

Po drodze pod górę do ruin klasztoru mogliśmy podziwiać wyjątkowe stacje drogi krzyżowej, gdzie każda z nich została stworzona przez innych artystów z okolic Bieszczad według ich własnej wizji. Każda z nich była wyjątkowa.

Ostatnią atrakcją naszego wyjazdu były odwiedziny w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Zobaczyliśmy tam rekonstrukcje zabudowy małego miasteczka galicyjskiego z przełomu XIX i XX wieku. Mieliśmy sposobność wejść do wiernie odwzorowanych domów różnych rzemieślników i zobaczyć, jak żyli. Obejrzeliśmy też tradycyjne chaty mieszkalne Bojków i Łemków oraz dowiedzieliśmy wiele na temat warunków ich życia w tym regionie.

Po tym ruszyliśmy już w drogę powrotną do domu. Przez całą wycieczkę podróżowaliśmy autobusem z firmy przewozowej P.H.U. Ola Tomasz Trzeszczak z Pabianic kierowanym przez samego Pana Tomasza, który od wielu lat towarzyszy nam na naszych wyjazdach. 

https://auto-busy.eu/

W trakcie wycieczki naszym pilotem i przewodnikiem był Pan Edwin Bebło, który z pasją, cierpliwością i humorem opowiadał nam o historii i kulturze Bieszczad. Serdecznie polecamy każdemu współpracę z nim!

Wycieczka została przygotowana we współpracy z biurem "Bieszczader" Pana Mariusza Janika. Współpraca przebiegała bez problemów, a przygotowane atrakcje bardzo podobały się wycieczkowiczom. Bardzo dziękujemy!

https://bieszczader.pl/

Jeśli chcielibyście z nami pojechać na taki wyjazd, rezerwujcie proszę termin 10-13 czerwca 2027 - planujemy wstępnie udać się wtedy do Międzyzdrojów.